Jak grecka sielanka pod żaglami zmienia się w rollercoaster

Splot ostatnich wydarzeń, długie przeloty oraz ciągłe pytania najbliższych: „Co u Was?” skłoniły mnie do opisania naszych ostatnich dni w pralce.
Trasa powrotna z Krety na wyspy Jońskie nie należy do najłatwiejszych, ponieważ stale wieją tu pn.-zach. wiatry czyli płynie się pod wiatr. Pokonaliśmy 400 Nm w tydzień (średnio robimy 150) z nocnymi przelotami, nocami na kotwicach i wieloma innymi niedogodnościami). Postanowiliśmy nadrobić kilka mil i popłynąć zachodnią stroną Zakhyntos- urządzić sobie dzień relaksu w typie smażing plażing na osławionej Zatoce Wraku. Prognoza przepowiadała przeciwny, ale za to lekki wiatr co pozwalało nam w miarę płynnie dostać się do Zakhyntos. Po porannych kąpielach w Zatoce Żółwi w Ormos Keri, gdzie woda była gładka jak lustro wypłynęliśmy w pełne morze. I wtedy zabawa się zaczęła…
W ciągu godziny wiatr stężał 5- krotnie. Nasze ciała mimo wielodniowej żeglugi nie przywykły do tak dużych nienaturalnych podskoków jakie zafundowała nam fala.      Żeby tylko można było wysiąść…
Uderzenia były tak silne, że mesa przeobraziła się w pralkę. Naczynia pozamykane w jaskółkach wyważyły zamki i lawina zastawy z hukiem wysypała się na podłogę. Woda z ubikacji wylała się i przelała przez próg zalewając potłuczone talerze i książki, które jak z procy wystrzeliwały z półek. Z owoców wiszących w siatkach zrobił się mus i rozbryzgał po kanapach i ścianach w mesie.

IMG_20180624_194638.jpg
Nagrodą za ten horror był widok na słynną Zatokę Wraku i absolutnie nikogo w promieniu wielu mil. Niestety nie było szansy by do niej wpłynąć, chyba, że zostalibyśmy w niej na zawsze jako drugi słynny wrak roztrzaskany o skały.
Finalnie udało nam się dotrzeć do portu na Zakhyntos, zjedliśmy na łódce przypaloną pizzę (podczas drogi nie było możliwości nic zjeść a tym bardziej przygotować posiłku) i ukoiliśmy nasze skołatane serca kilkoma kieliszkami miodowego raki (tutejszy przysmak podobny do rodzimego bimbru). Chłopaki -mylnie licząc na zastrzyk nieco bardziej pozytywnych wrażeń, poszli na mecz Polski do portowej tawerny. Ja padłam nie dotykając nawet stopą wytęsknionego lądu choć był w zasięgu naszego pontonu-szczęśliwa, że ten dzień już się skończył.

Czarne chmury gromadzące się groźnie nad nami, smród spalonej pizzy i chrupanie szkła pod stopami zdawały się zwiastować dalszy ciąg szkoły życia i żeglarstwa. Potwierdziły to słowa bosmana portowego, który podpłynął motorówką do naszego jachtu i zakomunikował, że mamy się wynosić, bo zbliża się sztorm i muszą bezpiecznie umocować swoje statki a my im zabieramy miejsce. Część załogi w popłochu odgruzowuje bajzel z poprzednich kilku dni, reszta robi zakupy. Zapasy po tygodniowej żegludze zostały wykorzystane doszczętnie a nie wiadomo gdzie i kiedy sztorm da nam się zatrzymać. Półki w sklepie świeciły pustkami a to co udało się zdobyć było w zawrotnej cenie. Kupiliśmy sałatę i owoce.
Zapowiadany sztorm po naszych ostatnich przygodach okazał się bułką z masłem i z przyjemnością się z nim rozprawiliśmy. Ulewa goniła nas aż do samej Itaki, ale Piotrek wygrał wyścig z deszczem. Oszałamiające widoki jakie można zobaczyć tylko od strony morza z nawiązką rekompensowały nam trudy poniesionej podróży.

IMG_3657
Marzyliśmy o bezpiecznym miejscu do zacumowania, podłączeniu do wody i prądu oraz porządnym ciepłym posiłku. Wpłynęliśmy do przepięknej zatoki na Itace a naszym oczom ukazał się las… masztów, co nie zwiastowało końca złej passy, ponieważ port był przepełniony.
Czyli pozostaje nam kotwiczenie= niepewność czy kotwica nie puści i nie uderzymy w inny jacht lub skały, spanie na czujce, znów bez podłączenia do prądu i wody.                     Z naszych marzeń spełniły się dwa: micha: chłopaki po owocowym dniu czym prędzej popędzili na kebab i woda- aż nadto tej wody. Starym porzekadłem: co się odwlecze to nie uciecze- burza w końcu nas dopadła. Jedno wielkie dudnienie i błyskawice przyprawiały nas o ścisk w żołądku. Za radą doświadczonego kapitana- Arkadiusza Krawczyka- schowaliśmy całą elektronikę do piekarnika i nasłuchiwaliśmy w napięciu rumoru świadczącego, że kotwica puściła. Na szczęście lało tak, że nie mogliśmy dojrzeć łódek wokół nas kręcących się jak bączki wokół własnych łańcuchów. Wnioskuję, że tak było, bo sami się obracaliśmy wokół własnej osi, mimo, że byliśmy lepiej osłonięci od wiatru niż reszta. Zwieńczeniem dnia był sen na czujce w mokrym łóżku (zapomniałam zamknąć okna).
Podczas rejsów morskich przygód nie brakuje i zawsze jest co opowiadać, jednak zazwyczaj aura obchodzi się z nami łagodniej. Nie było to jednak tylko zmaganie z rozkapryszonymi wodami morza i wiatrem, ale i z samym sobą. Może zabrzmi to prozaicznie, ale dzięki tej wyprawie znów zaczęliśmy doceniać proste codzienne rzeczy i cieszyć się z nich.
Teraz przed nami kilka dni wolnego przed następną wyprawą Korfu- Włochy. Obsada jest wesoła i gotowa na przygody. I choć lista rzeczy do zrobienia na łódce nie ma końca, to idziemy w góry, byle pieszo, byle z daleka od wody!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: