Fatalne w skutkach spotkanie z folią

To że nasza cywilizacja plastiku niszczy przyrodę a przez to na wyraźne życzenie zmierzamy ku własnej zagładzie wiadomo każdemu. To jak cierpią zwierzęta morskie zanim umrą bądź zanim je zjemy też wiadomo (ryby jedzą folię, my jemy rybę). Nie będę się tu rozwodzić nad oczywistymi sprawami o których trąbią ekologowie nie od dziś i to niestety z marnym skutkiem.

Wiele razy wpadliśmy w spore kłopoty, gdy folia wkręciła nam się w śrubę i na własnej skórze przekonaliśmy się ile tego syfu pływa w morzach. Niejednokrotnie Piotrek wyciągał kawał plastiku spod łódki na środku morza. Nie jest to takie proste. Fale uniemożliwiają zadanie, bez akwalungu nie można oddychać.

IMG_2313

Pierwsze poważniejsze spotkanie z plastikiem było w moim ulubionym Poros. Kawał folii oplotło śrubę i zacisnęło ją, ta- napędzana przez duży i mocny silnik tak zacisnęła się na przekładni, że aż wyrwała anodę (jest to nieruchomy element o kształcie  pierścienia  pomiędzy  przekładnią a samą śrubą). Ciężko uwierzyć, że zwykła folia dała radę parze stalowych śrub! Wycięcie nożem tego draństwa wymagało spędzenia pewnego czasu pod kadłubem naszej łodzi. Ponieważ Piotrek świetne pływa, ale raczej kiepsko nurkuje szczególnie istotne okazało się wydłużenie czasu spędzanego pod wodą. Wpadliśmy na pomysł, na który wpadło by każde dziecko: spróbuje oddychać przez rurkę! Nie namyślając się wsadził sobie jeden koniec węża ogrodowego do ust. Jednak dość ciężko było przeciągnąć powietrze prze 20 metrów szlaucha. No, to musi być łatwiej przez 5 które wystarczy by dotrzeć do śruby. Rzeczywiście w połączeniu z fajką służącą do snurkowania pomysł wydawał się idealny!  Nic bardziej mylnego. Piotr jak tylko uzyskał zanurzenie około 1 metra oddychać się nie dało. Wystarczyło mu sił i zaparcia na trzy oddechy, po czym wynurzył się szybko łapiąc powietrze.  Zrozumieliśmy dlaczego powietrze w butlach nurków jest sprężone. Ludzki organizm nie jest w stanie sam poradzić sobie z ciśnieniem. Nie wspomnę o uczuciu, które towarzyszy nurkowaniu pod łodzią pośród mrocznych otchłani ze świadomością, że nie można się w każdej chwili wynurzyć brrrrr.

Najbardziej zapadający w pamięć był jednak wypadek z folią gdy wracaliśmy z Santorini. Był to wakacyjny rejs a na nim aż 10 osób w tym 8 dziewczyn- koleżanek spragnionych życia i przygody, które nigdy wcześniej nie pływały. To właśnie też i wtedy przez wkręconą folię oberwała się anoda i zaistniało realne niebezpieczeństwo, że z czasem wybije się łożysko, wycieknie olej a finalnie nasza śruba napędowa poleci na dno morza.

Nie mogliśmy ryzykować takiej wersji wydarzeń, zgasiliśmy więc silnik, który wydawał nienaturalne złowrogie odgłosy rozklekotanej śruby. Jedyną nadzieją by dopłynąć do celu były żagle,  płynęliśmy wyłącznie przy ich subtelnej pomocy aż do wieczora kiedy to wiatr zupełnie zgasł. Dryfowaliśmy więc a ląd majaczył nam w oddali, wiatr nie nadchodził. Według prognozy pierwszy podmuch miał nadejść nad ranem. Kapitan podzielił nas na 2-osobowe wachty „wiatrowe”, których zadaniem było wyczucie najmniejszego wiaterku, który zaciągnie nas z powrotem do brzegów Krety. O świcie straciliśmy nadzieję, że żagle poniosą nas do celu, tym bardziej, że znacznie oddaliliśmy się od lądu, ponieważ dryf przez noc niósł nas oczywiście w przeciwnym kierunku.

Część załogi wylatywała następnego ranka, zaczęli się wiec niepokoić czy przy takim obrocie sprawy zdążą na samolot. Kończyła się woda i jedzenie, co wymusiło na kapitanie decyzję płynięcia na popsutej śrubie. Nie było już innego wyjścia.

Szczęśliwe nie nadwyrężając uszkodzonej śruby i poprawiając pod wodą oberwaną anodę, dotarliśmy do Chanii na Krecie około północy z nerwami w strzępach. Dziewczyny ruszyły na podbój miasta by odreagować tą przymusową odcinkę od świata. My rozważaliśmy 2 możliwości: wyciągnięcie jachtu z wody a wtedy Piotrek naprawiłby śrubę lub wynajęcie specjalnie przeszkolonych nurko-mechaników. Po przekalkulowaniu kosztów wybraliśmy nurków. Naprawa toczyła się w greckim stylu i trwała 2 tygodnie. Zamówienie części, uzyskanie zezwoleń na prace pod wodą w porcie, licznych telefonach, nachodzeniu w pracy i błaganiach w końcu nurkowie zjawili się w niedzielę rano by w 20 minut usunąć usterkę i nasz pływający dom mógł znów ruszyć w kolejny rejs morski.

IMG_2334

Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy na jaką skalę zjawisko zaśmiecania mórz jest ogromne dopóki plastik nie zaczął być bardzo realnym zagrożeniem dla nas samych. Bałam się raczej  zderzenia z kontenerami, które wypadają ze statków  a okazało się, że spotkanie na morzu z kawałkiem folii może być równie tragiczne w skutkach. I to nie tylko dla nas. Ulitujmy się więc nad naszą matką ziemią-zadbajmy o nią, jest już zmęczona naszą bezmyślnością i w końcu braknie jej sił, by się bronić. Co wtedy z nami będzie?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: